sobota, 11 stycznia 2014

[05] "Don't have to raise my tone"


 Take a minute to tell you now

Don't have to raise my tone
Take the level and bring it down
I just want you to know
I got no trouble with what you said
I don't even think you're wrong
It's how you say it
You lose your head
Girl I'm standing right in front of you



           Elizabeth ziewnęła półgębkiem, wchodząc do kawiarni rodziców Liama. Uśmiechnęła się do przyjaciela, stojącego za ladą i podeszła w jego stronę. Usiadła na krześle, rozglądając się po wnętrzu. Prawie nic się tu nie zmieniło. Ludzie wciąż wpadali tutaj po pracy lub po szkole, aby wypić pyszną kawę lub przekąsić coś na lunch.
            Liam nie zapytawszy się o zamówienie Elizabeth, od razu zabrał się za przygotowywanie kawy dla niej. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie na ten widok. Kiedy trzy minuty później, w wysokiej szklance czekała na nią mokka, która kusiła swoim zapachem, chwyciła cukier i wsypała odpowiednią ilość. Mieszając łyżeczką, uśmiechała się delikatnie.
            - A może już nie lubię mokki? – spytała, uśmiechając się w stronę Liama, który podawał kolejną filiżankę kawy klientowi. Chłopak prychnął, patrząc na nią z rozbawieniem:
            - Proszę cię. Zamawiasz mokkę od trzech lat. Myślisz, że uwierzę, że przez te kilka miesięcy nagle ci się to odwidziało? – roześmiał się. Eliza westchnęła, wciąż się uśmiechając. Czy tego chciała, czy nie, Liam znał ją na wylot. Cóż, no prawie.
            Podczas, gdy chłopak obsługiwał kolejnych klientów, ciemnowłosa z ciekawością obserwowała ludzi w kawiarence. Z rozmyślań wyrwał ją pogodny głos:
            - Elizabeth! – usłyszała za plecami mamę Liama. Odwróciła się, uśmiechając szeroko. Kobieta ruszyła w jej stronę i uściskała mocno. – Wróciłaś na dobre? – spytała, siadając obok i posyłając synowi uśmiech.
            - Tak, już nigdzie się nie wybieram – zaśmiała się, uśmiechając się ciepło w stronę kobiety. Karen Payne zawsze była dla niej jak druga matka. Często opiekowała się nią, kiedy rodzice byli w pracy i zawsze świetnie się z nią dogadywała. Karen dawała jej ciepło, którego nie zapewniała jej prawdziwa matka. Elizabeth nie potrafiła słowami wyrazić wdzięczności jaką odczuwała wobec niej.
            - Świetnie – ucieszyła się, kładąc jej dłoń na ramieniu. – Może wpadniesz do nas na obiad w sobotę razem z mamą? – zaproponowała.
            Elizabeth na chwilę wstrzymała oddech, otwierając szerzej oczy. Szybko odchrząknęła i wzięła głęboki oddech, nie dając nic po sobie poznać. Wysiliła się na uśmiech i powiedziała nieco drżącym głosem:
            - Cóż… Ja z chęcią wpadnę, ale mama niestety będzie w pracy – powiedziała. Kłamstwo z trudem przeszło jej przez gardło. Spuściła więc wzrok, nie chcąc kłamać kobiecie prosto w oczy.
            Sama nie wiedziała, dlaczego nikomu nie chce powiedzieć o tym, że jej mama nie żyje. Chociaż wiedziała. Kierowało nią głupie przekonanie, że przyznanie się do tego to słabość. A nie była słaba. Nie mogła być. Już nie. Nie chciała litości,. Teraz zniesie wszystko, ale nie litość. Powie Liamowi o jej mamie, kiedy będzie po wszystkim. Przysięgła sobie, że tak będzie i dotrzyma słowa.
            - Oczywiście, z chęcią przyjdę – uśmiechnęła się przyjaźnie.
            - W takim razie widzimy się o czwartej.

***
            Obiad u państwa Payne minął w spokojnej, przyjaznej atmosferze. Elizabeth płynnie omijała temat jej matki i odbiegała od tego tematu. Dochodziła już siódma wieczorem, kiedy dziewczyna opuszczała dom przyjaciela. Ruszyła ulicą, zmierzając w stronę przystanku autobusowego.
            Kiedy przeszła dwadzieścia metrów, zwolniła kroku przed niedużym, jednopiętrowym domem z numerem 35. Teraz stał pusty, jednak jeszcze pół roku temu, mieszkała w nim razem z mamą. Spędziła tam całe swoje dzieciństwo, mając jedynie kilka metrów do swoich najlepszych przyjaciół. To właśnie mieszkanie na jednej ulicy ich połączyło. Zaraz obok dawnego domu Elizabeth mieścił się kolejny dom, który zamieszkiwała rodzina Marshall.
            Był to dom, w którym Elizabeth spędziła naprawdę dużą część swojego życia. Godzinami potrafiły przesiadywać na balkonie lub w domku na drzewie , plotkować i bawić się lalkami, kiedy były mniejsze.  El westchnęła cicho i pokręciła głową, chcąc wyrzucić te myśli z głowy. To wspomnienia. Tego już nie ma.
            Ruszyła dalej mijając dom Brooke i nawet nie zerkając na niego.


            Dochodziła godzina dziewiętnasta, a Elizabeth nie bardzo wiedziała co ze sobą zrobić. Po kilku minutach namysłu, ruszyła do pierwszego lepszego sklepu z alkoholem i kupiła pół litrową butelkę wódki. Schowała ją do torby i ruszyła na wzgórze, gdzie kiedyś lubiła siedzieć cały dzień, patrząc się na miasto.
            Dopadł ją dziwny nastrój. Nagła samotność. Smutek. W piersi poczuła kłujący bol, który wcześniej jej nie opuszczał, jednak teraz stał się trudny do zniesienia. Usiadła na ławce i otworzyła butelkę z trunkiem. Spojrzała na przezroczystą ciecz, marszcząc nos, kiedy doleciał do niej nieprzyjemny zapach alkoholu. Wzruszyła ramionami i pociągnęła solidny łyk. Skrzywiła się, czując pieczenie w gardle. Po kilku łykach przyzwyczaiła się do smaku wódki.
            Poczuła się, jak wszystkie jej kończyny się rozluźniają, a obraz zaczyna kołysać się przed oczami. Po chwili do jej umysłu dotarło wspomnienie sprzed ponad roku. Pierwsze zetknięcie z alkoholem…
           

            Elizabeth sama nie wiedziała dlaczego w ogóle przyszła na tą imprezę. To nie było w jej stylu. Krążyła w koło, nie ściągając na siebie zbytniej uwagi. Zmierzała ku wyjściu, kiedy drogę zastąpił jej wysoki i przystojny chłopak, Matty.
            Dziewczyna od razu zauważyła, że jest mocno pijany. Spojrzał na nią zamglonym wzrokiem i przyciągnął do siebie. Otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia i próbowała się wyrwać, jednak jego uścisk był zbyt silny.
            - Puść mnie – wyjąkała. On jednak jej nie posłuchał. Zamiast tego pchnął ją na ścianę i zachłannie wpił się w jej usta. Elizabeth nie oddała pocałunku, jedynie poczuła jak po jej policzkach płynął łzy. Serce biło jej niemiłosiernie, a strach przejął nad nią kontrolę. Nie mogła się ruszyć.
            Kiedy w końcu się odsunął, spojrzał na nią krzywo, chwycił za ramiona i popchnął w kierunku drzwi.
            - Co ty tu do cholery robisz, ofiaro?! – wrzasnął. – Wpierdalaj stąd – wysyczał.
            Nie trzeba jej było tego dwa razy powtarzać. Zrobiła kilka chwiejnych kroków do tyłu, a zanim wyszła z domu, sięgnęła po szklaną butelkę wypełnioną alkoholem. Zaczęła biec przed siebie, nie mogąc uspokoić się po tym, co się właśnie wydarzyło. Potarła obolałe ramiona i wybuchła płaczem, który przeciął ciszę panującą wkoło.
            Po niespełna pięciu minutach butelka stała pusta, a dziewczyna stawiała chwiejne kroki, poruszając się w nieokreślonym kierunku. Zanim zdążyła zareagować, poczuła jak dwie osoby ciągnął ją do tyłu. Nie widziała ich twarzy, słyszała jedynie śmiechy. Damskie śmiechy. Zaczęła się szarpać, jednak alkohol sprawił, że miała jeszcze mniej siły niż zwykle.
            Została rzucona na twardą ziemię, a następnie poczuła jak czyjaś dłoń wymierza jej siarczysty policzek. Eliza jęknęła cicho i spojrzała w górę. Dostrzegła ziemne, niebieskie oczy i ciemne włosy. Olivia. Dziewczyna Matty`ego.
            - Chyba musisz się nauczyć kilku rzeczy – warknęła Liv, a jej dwie koleżanki się zaśmiały. – Po pierwsze, jakim kurwa prawem w ogóle tu jesteś, co?!
            - Ja… - zaczęła dziewczyna, jednak niedokończyła zdania, gdyż silne uderzenie w brzuch odebrało jej dech w piersi.
            - Daruj sobie. Nie obchodzi mnie to zbytnio. Widzę, że trochę wypiłaś. Na pewno masz ochotę na więcej, prawda? – zaśmiała się Liv i kiwnęła dłonią. Po chwili trzymała butelkę wódki. Przytrzymała twarz Elizabeth i wlała jej trunek do gardła. Część wypłynęła z jej ust i pociekła po szyi.
            - Połknij to, szmato – syknęła ciemnowłosa, zaciskając usta w wąską linię, napawając się widokiem przestraszonej Elizabeth.
            Dziewczyna naprawdę nie chciała tego robić. Czuła się tak, jakby jej wnętrzności miały eksplodować , jeżeli wypije chociaż trochę więcej. Z jej oczu wciąż płynęły łzy. Zmusiła się do połknięcia gorzkiego płynu. Zaraz po tym, zaczęła się dusić i kaszleć, błagając o oddech i świeże powietrze.
            Ten koszmar trwał prawie pół godziny. Zostawiły ją leżącą na ziemi, bezsilną i błagającą o pomoc. W końcu ogarnął ją upragniony sen, a kiedy się obudziła, leżała na kanapie, na ganku swojego domu. Nigdy nie dowiedziała się jak się tam znalazła.

            Elizabeth nie zauważyła, kiedy z jej oczu popłynęły łzy, a oddech stał się urwany Bolesne i upokarzające wspomnienie było tak realne w jej umyśle, że znów poczuła się, jakby cofnęła się do tamtego dnia. Przypomniała sobie jak bezsilna i słaba była.
            Kiedy ból powrócił, poczuła zdwojoną determinację do zniszczenia życia ludziom ze swojego otoczenia. Będą cierpieć tak samo jak ona. Nienawidziła ich z całego serca. Jęknęła cicho, odgarniając włosy z twarzy i objęła się ramionami.
            Przymknęła na chwilę oczy, próbując uspokoić oddech. Kiedy rozchyliła powieki, zachłysnęła się powietrzem i podskoczyła delikatnie. Czuła na sobie palące spojrzenie niebieskich oczu Brooke. Przez kilka sekund patrzyły się na siebie w milczeniu, zadając nieme pytania. Brooke odezwała się jako pierwsza, zaraz po tym jak westchnęła cicho:
            - Możemy porozmawiać? – spytała niepewnie, patrząc się na Elizabeth zza grzywki.
            - Nie wiem… - powiedziała zachrypniętym głosem, a po chwili odchrząknęła. – Nie wiem czy chcę z tobą rozmawiać, Brooke. – Elizabeth oblizała wargi i spojrzała na blondynkę, zaciskając usta.

3 komentarze:

  1. kghdfhjtfgyunk *________________*
    Nie wiem co powiedzieć... w skrócie zawalisty!! xD (bardzo ładnie mówiąc)
    Mam nadziję, że następny dodasz szybciej :)

    OdpowiedzUsuń
  2. niesamowity rozdział, nie mogę doczekać się na następny. a co do ocen to nawet nieźle tylko trochę poprawek ;/ uwielbiam Twoje opowiadanie ;* <3 @love_cookies3 xx

    OdpowiedzUsuń
  3. W dalszym ciągu sądzę, że zemsta nie jest zbyt dobra jako lek na nieprzyjemne wspomnienia, ale im bardziej odsłaniasz przed nami sekrety przeszłości Elizabeth, tym lepiej rozumiem ją i motywy, jakimi się kieruje. Złość musiała się gromadzić w jej ciele bardzo długo i w końcu wybuchnęła, teraz jedynie obawiam się tego konsekwencji.
    Według mnie dziewczyna powinna powiedzieć Liamowi i jego rodzicielce prawdę o swojej mamie. W końcu widać, że zarówno młody Payne, jak i Karen, bardzo troszczą się o Elizę i chcą dla niej jak najlepiej, mają znakomity kontakt. Nie ma sensu okłamywać ich w tej sprawie, zwłaszcza że brunetce ciężko jest to wszystko ukrywać. Mając ich wsparcie poczułaby się lepiej, może nawet zaniechałaby swojego planu...
    Tamto wspomnienie z Olivią w roli głównej... Totalnie mnie zaszokowało. Jak można być tak okrutnym? Co tym dziewczynom strzeliło do głowy, że znęcały się w taki sposób nad kimś zupełnie niewinnym? Najbardziej przerażające jest to, że na świecie robi się od takich przykrych osób. Na miejscu El również czułabym się upokorzona. To dlatego ona teraz chce rekompensaty za cały swój ból i łzy.
    Nie podoba mi się, że Elizabeth szuka ukojenia w alkoholu. To się może źle dla niej skończyć, a po co młodej, ładnej dziewczynie takie paskudne uzależnienie?
    Jestem strasznie ciekawa, jak przebiegnie rozmowa z Brooke, o ile Beth nie będzie chciała się wymigać. Zakończyłaś w takim momencie, że wprost nie mogę się doczekać nowego rozdziału ;p
    Pozdrawiam :*

    OdpowiedzUsuń