sobota, 4 stycznia 2014

[02] "One he couldn't quite believe"


Pretty as a summer rose picked
 in the morning

And he held her hand like it was a mystery
One he couldn't quite believe
Just walking with him
They were high up on a hill






            Spojrzał na Elizabeth, nie mogąc wykrztusić z siebie żadnego słowa. Stał więc z szeroko otwartymi oczami, obserwując twarz przyjaciółki. Dziewczyna przeszła ogromną zmianę. Z jej twarzy zniknęły okulary, które z pewnością zostały zastąpione przez soczewki. Z zębów, które teraz były idealnie proste, został zdjęty aparat ortodontyczny. Jej niegdyś mysie włosy miały teraz odcień głębokiego brązu i spływały po ramionach lśniącymi falami. Jego uwadze nie uszło też, że Elizabeth znacznie schudła. Na twarzy miała delikatny makijaż, który rozświetlał jej niebieskie oczy.
Zmieniła się całkowicie. Od stóp do głów.  Z pewnością wypiękniała, tego był pewien. Zastanawiał się tylko, czy w środku wciąż jest tą samą Elizabeth, która zawsze, kiedy jadła czekoladę, byłą ubrudzona na całej twarzy. Czy jej śmiech wciąż brzmi tak samo? Czy nie stała się nagle kopią Meredith? Największej suki w liceum.
- „Buszujący w zbożu” to ponadczasowa książka. Nie rozumiem, jakim cudem nigdy nie doceniałaś jej fenomenu i magii, jaką w sobie ma – powiedział, kiedy powróciła mu zdolność mowy. Kiedy Liam w końcu się odezwał, Elizabeth odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła się szerzej.
Bała się, że Liam zareaguje gwałtownie. Że będzie na nią krzyczał, zadając setki pytań na minutę., Ale nie zrobił tego. I była mu naprawdę wdzięczna. Dlatego też, postanowiła odnaleźć Liama jako pierwszego, nie Brooke.
- Wiedziałam, że cię tu znajdę – powiedziała delikatnym głosem, sama do końca nie wiedząc do czego ta rozmowa zmierza.
- Ty… Wróciłaś… - powiedział Liam zdziwionym głosem. Na jego twarzy malował się szok.
Elizabeth milczała, po czym kiwnęła głową.
- Co się stało, że wyjechałaś? – spytał, marszcząc brwi.
Dziewczyna westchnęła i zerknęła na niego.
- To temat na dłuższą rozmowę, Li – powiedziała uśmiechając się delikatnie. – Może przejdziemy się gdzieś?
- Mam jeszcze dwie lekcje – powiedział, patrząc na nią zdziwiony. Ku jego zaskoczeniu, Elizabeth wybuchnęła śmiechem. Kiedy go usłyszał, od razu pomyślał sobie, że ta cecha pozostała niezmieniona. Jej śmiech wciąż był taki sam.
- Och proszę cię! – powiedziała z szerokim uśmiechem, kiedy opanowała nagły napad śmiechu. – Od kiedy to siedzisz na wszystkich lekcjach w swoje urodziny? Z resztą dzwonek był już dobre dziesięć minut temu, a jakoś wciąż tu jesteś – stwierdziła uparcie i tym razem to chłopak parsknął śmiechem, przypominając sobie jak bardzo tęsknił za tą upartością u Elizabeth.
- Masz rację – roześmiał się, pakując książkę do plecaka. Ramię w ramię wyszli z biblioteki i dopiero kiedy schodzili po schodach, aby Liam mógł wziąć płaszcz z szafki, zrozumiał pewną rzecz. – Czy fakt, że wróciłaś akurat w moje urodziny, mam uznać za zbieg okoliczności, czy też mam uważać się za jakiegoś szczególnego wybrańca?  - spytał patrząc na nią z ukosa.
Elizabeth uśmiechnęła się pod nosem, nie patrząc na chłopaka. Szli pustym korytarzem, mijając tak dobrze znane jej sale. Kiedy przekroczyła próg szkoły, poczuła jak wszystko wspomnienia uderzają w nią ze zdwojoną siłą. Przez długi czas snuła wyobrażenia na temat tego dnia. Obiecała sobie, że nie pozwoli, aby wspomnienia nią zawładnęły. Miała zadanie do wykonania. A przeszłość to przeszłość. Pozostawiła ją za sobą.
-  Tak. Możesz czuć się szczególnie. Specjalnie wybrałam właśnie tą datę. Podoba ci się prezent? – odpowiedziała w końcu. Odgarnęła ciemne włosy za ucho, okręcając szalik wokół szyi.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo – powiedział zgodnie z prawdą Liam. Kiedy nieco ponad pół godziny temu, Brooke spytała, czy cieszyłby się na powrót Elizabeth, nie był pewien, jakby zareagował. Teraz zrozumiał, że dla niego nie ma znaczenia, co się stało w przeszłości. Nie liczyło się to, że Elizabeth wyjechała bez pożegnania. Wróciła. Wróciła, aby wszystko odbudować. Aby każdy z nich mógł zacząć od nowa.
Teraz, kiedy Elizabeth wróciła, będzie tylko lepiej.
Musi być.

- Ja stawiam! – ostrzegła, zanim Liam zdążył wyciągnąć banknot z kieszeni. Spojrzał na nią spod uniesionych brwi, po czym pokręcił głową, wyciągając pieniądze w jej stronę. Dziewczyna odtrąciła jego dłoń. – Masz urodziny, kretynie – fuknęła. – Pozwól mi chociaż kupić tą głupią kawę, skoro nie miałam czasu, aby rozejrzeć się za prezentem.
- Ale... – zaczął. Przez chwilę otwierał i zamykał usta i tak w kółko. W końcu Elizabeth straciła cierpliwość.
- Och, zamknij się! – powiedziała, po czym czy szerokim, pełnym satysfakcji uśmiechem na twarzy zapłaciła za kawę. Ruszyli w stronę wyjścia. Nic nie mówiąc, oboje ruszyli w tym samym kierunku, w stronę ich stałego niegdyś miejsca spotkań. Kiedy już byli na miejscu, stanęli i uśmiechnęli się do siebie z ukosa. Liam poczuł się tak, jakby El nigdy nie wyjechała.
Jednocześnie wypruli do przodu, przecinając plac zabaw, aby jak najszybciej dotrzeć do huśtawek.
- Dlaczego chociaż raz nie dasz mi wygrać?! – jęknęła ze śmiechem Elizabeth, z grymasem na twarzy siadając na huśtawce, która od zawsze była wadliwa i nie dość, że skrzypiała, to nie miała dwóch desek, przez co była niewygodna.
- Mam urodziny! Wszystko mi wolno! – roześmiał się, z zadowoleniem odpychając się od ziemi.
- Hej, nie wykorzystuj moich własnych słów przeciwko mnie! – fuknęła, na co Liam roześmiał się jeszcze głośniej. Upiła łyk kawy. Pomiędzy nimi zapadło milczenie, a Elizabeth wiedziała do czego to zmierza. Do tego punktu, którego wolała uniknąć za wszelką cenę.
- Więc… Dlaczego wyjechałaś? – spytał Liam, patrząc na nią z ukosa. Ciemnowłosa wypuściła powietrze z płuc i spojrzała przed siebie, próbując ignorować intensywne spojrzenie przyjaciela.
- Moja mama… - zaczęła cicho dziewczyna, a jej głos mimowolnie się załamał. Nie! Nie teraz. Odchrząknęła więc i zamrugała oczami, powtarzając: - Moja mama postanowiła, że mi pomoże. Powiedziała, że jest sposób, aby zakończyć to wszystko. Abym przestała płakać po nocach. Aby ten ból minął – powiedziała. Jej głos był wypruty z emocji, co mocno zdziwiło Liama. Elizabeth zachowywała się tak, jakby jej bolesna przeszłość zupełnie ją nie obchodziła. Ale może to dobrze? Przecież widział ile ludzie zadali jej bólu i cierpienia. Mimo usilnych prób jego i Brooke, pomocy jaką oferowali i wsparcia jakie zawsze Elizabeth od nich dostawała, jej życie nie było łatwe. On i Brooke nie mogli powstrzyma tych wszystkich ludzi, którzy znęcali się nad Elizabeth. Ale teraz, jakimś sposobem, przez te cztery miesiące, ból zaznał ujścia. Liam cieszył się z tego powodu.
- Wyjechałam do Los Angeles. Tam jest tak ciepło, wiesz? – spytała z delikatnym uśmiechem. – Nie to co tutaj u nas. Mówiąc szczerze już tęsknię za tym kalifornijskim słońcem i plażami.  Ale wracając do tematu… Matka zawsze wstydziła się mojej wagi. Chociaż wstydziła się, to złe stwierdzenie. Po prostu zawsze chciała, abym była szczupła. Jak inne dziewczyny. Wiem, że troszczyła się o mnie i próbowała mnie chronić, na swój własny, pokręcony sposób. I kocham ją za to. Zapisała mnie do kliniki. Odchudzającej. Wiesz… Różne ćwiczenia, dieta i tak dalej – powiedziała cicho, zaciskając dłonie w pięści i oblizując wargi.
Liam uniósł brwi ze zdziwienia i otworzył szeroko oczy. Przez chwilę tkwił tak nieruchomo, słuchając płytkich oddechów Elizabeth. Dziewczyna przełknęła ślinę. Liam w życiu by nie pomyślał, że jego przyjaciółka podjęła taką drastyczną decyzję. Nie rozumiał, dlaczego w ogóle chciała się zmieniać. Jej waga była idealna. Szczerze mówiąc wolał to, jak wyglądała, niż te chodzące wieszaki, kroczące szkolnymi korytarzami. To, że zaczęła myśleć o sobie jak o grubej osobie, jest tylko i wyłącznie zasługą ludzi w szkole, którzy przez lata wypominali jej zbędne kilogramy. Liam nienawidził ich za to całym swoim sercem.
- Eliza… - zaczął cicho, jednak dziewczyna przerwała mu, kręcąc głową i pokazując dłonią, aby zamilknął.
- Więc pojechałam tam, na cztery miesiące. Pojechałam tam, aby osiągnąć cel. Aby wszystko się skończyło. A teraz, kiedy wróciłam, mam nadzieję ,że wszyscy będą patrzeć na mnie inaczej – powiedziała. – Chcę zacząć od początku…
Kłamstwo. Kłamstwo. Kłamstwo.
- Kiedy moja mama mnie zobaczyła po wyjściu z kliniki, rozpłakała się i powiedziała, że jest ze mnie dumna – powiedziała drżącym głosem Elizabeth, a po jej policzku spłynęła łza, którą szybko otarła. Jeszcze większe kłamstwo. Nie zobaczyła jej odmienionej. Nie płakała, ani nie przytuliła. Nie było jej. Bo nie żyła. Ale tego już Elizabeth nie powiedziała Liamowi.
Liam ukrył twarz w dłoniach, biorąc kilka głębszych oddechów. Potarł twarz i spojrzał na przyjaciółkę, która bujała się na huśtawce, wpatrując się przed siebie.
- A… Czy teraz jesteś szczęśliwa? – spytał powoli, ostrożnie dobierając słowa.
- Tak – odpowiedziała po chwili. Albo przynajmniej będę. Już wkrótce – pomyślała w duchu. 



Nie lubię tego robić no ale...
Czytasz = Komentujesz
Dla was napisanie krótkiej opinii to minuta, a dla mnie znaczy naprawdę bardzo wiele. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz