niedziela, 2 lutego 2014

[11] "Like I’m reaching out for you."



Everybody has a private world
Where they can be alone
Are you calling me?
Are you trying to get through?
Are you reaching out for me?
Like I’m reaching out for you.


            Siedziała od kilkunastu minut przy stole w kuchni, wpatrując się w telefon przed sobą. Co chwila brała go do ręki, aby znowu odłożyć. Przeczesywała dłonią włosy, próbując podjąć decyzję.  Po wyznaniu Liama dotyczącego swojego ojca, dziewczyna stwierdziła, że powinna powiedzieć prawdę. Że jej mama nie żyje.
            Czuła, że jest to winna Liamowi i Brooke. Przynajmniej tą niewielką część prawdy z całej historii może im wyjawić. Czuła, że powinna to zrobić. Ale okropnie się bała. Czy będą mieli do niej pretensje, bo tak długo ukrywała prawdę? Czy będą się nad nią litowali i rozczulali? Elizabeth tego nie chciała. Nienawidziła litości. Z niczyjej strony.
            Jęknęła cicho, chowając twarz w dłoniach. Zagryzła wargę, przymykając powieki. Z zaciśniętymi ustami chwyciła do ręki telefon i napisała esemesa.
            Możesz do mnie wpaść? Chciałabym porozmawiać. – Elizabeth.
            Jako odbiorców wybrała z listy kontaktów Liama i Brooke. Wzięła głęboki oddech i zanim zdążyła się rozmyślić, wysłała wiadomości.  Na odpowiedź czekała kilka sekund, siedząc jak na szpilkach, podrygując nerwowo nogą.
            Po chwili otrzymała od nich odpowiedź. Liam napisał, że za chwilę będzie., Brooke wysłała podobną odpowiedź.  Elizabeth odłożyła telefon na stół i próbując zająć czymś swoje myśli, nastawiła wodę na herbatę. Kiedy wsypywała właśnie cukier do kubka, usłyszała dzwonek do drzwi. Próbując opanować drżenie rąk, podeszła, aby je otworzyć. Na progu stali Brooke i Liam.
            - Uhm, wpadliśmy na siebie po drodze – powiedziała z szerokim uśmiechem Brooke. Elizabeth kiwnęła delikatnie głową, wymuszając uśmiech. Wpuściła ich do środka i spytała:
            - Chcecie coś do picia? – Przyjaciele pokręcili przecząco głową i usiedli na kanapie w salonie. Elizabeth zauważyła, że Liam rozgląda się w wnętrzu mieszkania. Ciemnowłosa chwyciła kubek z herbatą i usiadła obok nich na kanapie. Oboje wlepili w dziewczynę wyczekujący wzrok. Z tą różnicą, że wzrok Brooke był  ciepły i przyjazny, a Liama chłodny i zniecierpliwiony. Widząc to, dziewczyna jeszcze bardziej się denerwowała.
            Odchrząknęła cicho, wlepiając wzrok w swoje dłonie, które splotła ze sobą.
            - Pewnie zastanawialiście się, dlaczego dotychczas nie natknęliście się na moją mamę, prawda? Dlaczego nie ma jej w domu. Dlaczego nie przyszła na obiad do twoich rodziców, Liam. Dlaczego unikam rozmów na jej temat. Cóż… Bo ona… Nie żyje – powiedziała Elizabeth na wydechu, zagryzając wargę. Nie podniosła wzroku, aby zobaczyć twarze przyjaciół.
            - Co? – wydusił Liam, z szeroko otwartymi oczami pełnymi szoku.
            - Tak, nie tylko tobie przydarzyło się gówno w życiu – mruknęła z goryczą dziewczyna, a Liam skrzywił się urażony.
            - Kiedy? Kiedy umarła? – spytała cicho Brooke.
            - Jakieś trzy miesiące po tym jak wyjechałam. Chorowała na raka płuc, wykryto go zbyt późno i po diagnozie po prostu czekała już na śmierć – powiedziała Elizabeth, przyciągając nogi do piersi.
            - O mój Boże, kochanie! Tak mi przykro! – powiedziała łamiącym się głosem Brooke. Wstała z kanapy i podeszła do Elizy, kucając przed nią. Chwyciła jej ręce w dłonie i pogładziła w opiekuńczym geście.
            - Dlaczego nic nam nie powiedziałaś? – odezwał się Liam, marszcząc brwi. Westchnął i objął przyjaciółkę ramieniem, sygnalizując, że nie jest na nią zły, ani nic z tych rzeczy.
            - Nie wiem – skłamała. – Przepraszam – powiedziała cicho.
            Zacisnęła oczy, czując jak łzy spływają jej po twarzy. Pociągnęła nosem, próbując powstrzy1ać zbierający się w jej wnętrzu szloch. Dlaczego po tym, ja powiedziała im prawdę, tęsknota za mamą wzmogła się wielokrotnie? Tak dobrze jej szło. Dawała sobie radę. Była silna. Dlaczego w jednym momencie to się zmieniło?


            - Chcę ci o czymś powiedzieć – oświadczył Zayn, kiedy dwa dni później siedzieli w mieszkaniu Elizabeth, zajadając się pizzą.
            - O czym? – zaciekawiła się dziewczyna, uśmiechając się do niego ciepło. Korzystając z chwilowej nieuwagi Zayna, sięgnęła po jego colę i wzięła dużego łyka.
            - O tym, dlaczego… Straciłem swoich przyjaciół i pozycję w szkole. Kurde, to brzmi głupio. Nawet nie wiem jak to nazwać – mruknął, kręcąc głową z irytacją.
            - Rozumiem o co ci chodzi – uspokoiła go ciemnowłosa, chwytając dłoń Zayna. Nagle oboje stracili zainteresowanie jedzeniem. Zayn  przekręcił się tak, że siedział teraz twarzą do Elizabeth. Zagryzł delikatnie wargę i przez chwilę zdawał się nad czymś zastanawiać. Eliza ścisnęła jego dłoń mocniej, chcąc dodać mu otuchy.
            - Mój ojciec jest Pakistańczykiem, a mama Brytyjką. Hm, stąd moja nietypowa uroda. Jednak do czasu, kiedy jakimś cudem ludzie dowiedzieli się, że mam pakistańskie pochodzenie, nikt w to nie wnikał. Wśród uczniów jest wielu, którzy mają korzenie w innych krajach. Uczniowie dowiedzieli się o tym i… Tutaj kula śniegowa nabiera rozpędu – powiedział. Jego wzrok był odległy, nieobecny. Elizabeth wiedziała, że zagłębia się we wspomnienia, które z chęcią z pewnością wyrzuciłby z głowy.
            - Kiedy do moich kumpli dotarła ta wiadomość, stałem się obiektem kpin. Nagle zapomnieli o wszystkim, co nas łączyło. Wyrzucili mnie z drużyny. Tylko za to, że  mam pakistańskie pochodzenie, rozumiesz to? – warknął, zaciskając dłonie w pięść, kręcąc głową.  – Następnie Perrie, moja była dziewczyna, zerwała ze mną. Nigdy nie byliśmy jakoś szczególnie mocno zakochani. Byliśmy razem, bo tak było wygodnie. Po prostu… Pomagaliśmy sobie i byliśmy przyjaciółmi. Ale zabolało mnie to, że ona także się ode mnie odwróciła. Jakby tego było mało, Perrie szybko znalazła sobie nowego chłopaka. Nie byle jakiego. Wybór padł na Chaza, mojego niegdyś najlepszego przyjaciela. Nie wiem, czy zrobiła to specjalnie, abym poczuł się jeszcze gorzej, czy po prostu skorzystała z faktu, że Chaz był akurat wolny. Ludzie w szkole traktowali mnie jak gówno. Rozpuszczali plotki na mój temat. Nieraz wszczynali ze mną bójki. Często kończyło się to gorzej dla nich, niż dla mnie – uśmiechnął się smutno. – Nie zmienia to faktu, że zachowanie moich niegdyś przyjaciół, bolało. Zacząłem się gubić we własnych myślach. Zacząłem nienawidzić siebie, swojego życia. Zamykałem się we własnej bańce. Nie rozmawiałem z nikim. Moi rodzice nie poznawali człowieka, jakim się stałem. Mama zdecydowała, że potrzebuję pomocy. Profesjonalnej pomocy. Zapisała mnie więc do terapeuty, który pomógł mi uporać się z wieloma sprawami – Zayn dokończył swoją wypowiedź, zamykając oczy i zagryzając wargę. Odwrócił głowę, nie chcąc patrzeć na twarz Elizabeth, która była wykrzywiona w grymasie.
            Myśli dziewczyny pędziły tak szybko, że zaczynało jej się kręcić w głowie. Nie była przygotowana na takie wyznanie. Mieszanka sprzecznych emocji sprawiła, że nie wiedziała jak się zachować. Poczuła pulsujący ból w głowie i przycisnęła do niej zaciśnięte w pięści dłonie. Wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić.
            Przez kilkanaście długich sekund siedzieli w ciszy. Zayn utkwił wzrok za oknem, a Elizabeth trzymała głowę spuszczoną na dół.
            - Jak… Jak długo to trwało? – spytała w końcu dziewczyna cichym głosem, który był niewiele głośniejszy od szeptu.
            - Jakieś dwa miesiące, może trochę więcej – powiedział, odwracając się w końcu w stronę Elizabeth. W ciemnych oczach dziewczyny zalśniły łzy.
            - Tak bardzo mi przykro, Zayn – wyjąkała, a po jej policzkach spłynęły łzy. Otarła je dłonią i niezdarnie podeszła do Zayna, oplatając go ramionami. Chłopak przez chwilę nie odpowiadał na jej gest. Znieruchomiał, był nieobecny. Elizabeth zmarszczyła brwi, wciąż kurczowo trzymając się Zayna i chowając twarz w zagłębieniu jego szyi. W końcu, ku jej uldze, Malik objął ją swoimi ramionami i wziął głęboki, oczyszczający oddech.
            - Nie, nie powinno ci być przykro, El – szepnął, gładząc ją po głowie i wdychając zapach jej włosów. – Przynajmniej wiem jacy oni są naprawdę. Ludzie, których uważałem za przyjaciół.  Wiem, że ja też talki byłem. Podły. Traktowałem ludzi jak śmieci. Wszystkich… Ciebie… - wyszeptał, a Elizabeth poczuła jak ramiona chłopaka drżą. Po chwili poczuła jego łzy na swojej szyi.
            - Zayn… To już przeszłość… - wyszeptała przez ściśnięte gardło w którym pojawiła się gula. Z całych sił starała się powstrzymać od płaczu. Zagryzła z całej siły wargę i poczuła metaliczny smak krwi.
            - To nie ma znaczenia. Byłem podły. Teraz wiem co czułaś – szepnął. – Nie wiem jakim cudem mi to wybaczyłaś. Po tym wszystkim… -  pokręcił głową. Jego oddech był szybki i nierówny. Prób0wał się oswobodzić z jej uścisku, jednak Elizabeth oplotła go mocniej ramionami, nie pozwalając mu na to.
            - Cicho Zayn – powiedziała stanowczo, przymykając oczy. – Wybaczyłam ci. Zapomnjmy o tym co się stało, okej? – spytała. W odpowiedzi otrzymała delikatne kiwnięcie głową, które spowodowało, że z jej oczu popłynęły łzy.

***

            Kiedy kilka dni później Elizabeth weszła do szkoły, miała swój cel. Nie zatrzymywała się, aby porozmawiać ze znajomymi, których mijała, nie wyciągnęła ze swojej szafki odpowiednich książek, aby udać się na lekcje. Pierwsze co zrobiła, to zadbała o to, aby Chaz zapłacił za to, co zrobił Zaynowi.
            Tak się składało, że on także znajdował się na jej liście. Teraz nadszedł czas na niego.  Po dziesięciu  minutach wszystko było gotowe.  
            Ciemnowłosa uśmiechnęła się pod nosem, poprawiając włosy i ruszyła w stronę swojej szafki. Wyciągnęła książki i udała się na lekcje. Za pięć godzin rozpoczniemy przedstawienie – pomyślała.
            Kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę na lunch, ruszyła na stołówkę. Nie mogła się doczekać rozwoju akcji.  Kupiła sobie butelkę soku pomarańczowego i usiadła przy stoliku ze swoimi przyjaciółmi. Podczas rozmowy co chwila zerkała na telewizor wiszący na ścianie. Jeszcze tylko chwila,
            - El, gdzie jest Zayn? – spytała Brookes przeglądając podręcznik z biologii, prawdopodobnie powtarzając materiał na sprawdzian.
            - Rozmawiałam z nim wczoraj, wspominał coś o badaniach które musi zrobić – powiedziała wyciągając telefon z torebki.
            - A więc to już oficjalnie? Ty i Zayn? – spytał Liam. Elizabeth zerknęła na niego, po czym nieśmiało kiwnęła głową, uśmiechając się pod nosem.
            - Cieszę się – powiedział Liam szczerze, uśmiechając się do niej ciepło. – Zasługujesz na to, aby być szczęśliwa.
            Elizabeth wysiliła się na uśmiech i podziękowała cicho. Chwilę po tym, telewizor na ścianie włączył się, ściągając tym samym na siebie uwagę zebranych na stołówce uczniów. Wszyscy wiedzieli co się stanie. Niektórzy drżeli ze strachu, w obawie o swoje sekrety. Inni byli niezwykle ciekawi. A jeszcze inni zirytowani i źli, między innymi Liam i Brooke, która warknęła:
            - Komu tym razem jakiś chory filmik zrujnuje życie?
            Elizabeth znała odpowiedź.
            To trwało jedynie kilka sekund. Filmik słabej jakości, głośna muzyka, krzyki, śmiechy, kilkoro ludzi ze szkoły, alkohol i Chaz. Chaz pochylający się nad stołem, patrząc na cienką kreskę białego proszku leżącą przed nim.
            Nie wahał się ani chwili. Szybkim ruchem wciągnął całość nosem, aby następnie wydać z siebie głośmy krzyk przepełniony radością.
            Ekran zgasł, a w stołówce zapanowała cisza. Po kilku sekundach zaczęły się pełne niedowierzania szepty. Z głośników doleciał do ich uszu komunikat:
            - Chaz Nasher proszony do gabinetu dyrektora.
            Trafiony, zatopiony – pomyślała Elizabeth, biorąc jak gdyby nigdy nic łyk soku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz