
So many questions
But I'm talking to myself
I know that you can't hear me any more
Not anymore
So much to tell you
And most of all goodbye
Elizabeth usiadła na ławce w parku obok Liama, wpatrując się tępo przed siebie. Nie zamienili ze sobą słowa odkąd wyszli z mieszkania dziewczyny. Ciemnowłosa nie mogła znieść tej ciszy, więc zaczęła nucić jakąś piosenkę w głowie byleby zagłuszyć własne myśli.
Cholernie bała się powiedzenia prawdy. Nie wiedziała od czego ma zacząć. Nie wiedziała co powie. Nie wiedziała nic. Działa pod wpływem chwili, nie zastanawiając się nad tym, jakie mogą być konsekwencje. Ale w sumie nie może być już chyba gorzej, prawda?
Po kilku minutach zarówno ona jak i Liam zauważyli zbliżające się sylwetki Brooke i Zayna. Oboje mieli poważne miny, a w ich oczach błyskało zirytowanie i złość. Łatwo nie będzie – pomyślała Elizabeth, przeczesując dłonią włosy. Biorąc głęboki oddech, wstała z i wskazała na ławkę w stronę nowo przybyłych:
- Myślę, że powinniście usiąść – szepnęła, stając naprzeciwko. Kiedy usiedli, Elizabeth poczuła na sobie wzrok całej trójki i poczuła jak odbiera jej mowę.
- O co chodzi? Nie mam za dużo czasu? – spytał Zayn, przybierając arogancki ton. Poczuła ból w piersi, widząc obojętność na twarzy Zayna. Udaje, czy naprawdę ma już wszystko w dupie?
- Uznałam, że… Skoro i tak jestem u was skreślona, to zasługujecie chociaż na wyjaśnienie z mojej strony. Prawdę – powiedziała zachrypniętym głosem i ku jej zdziwieniu, żadne z nich nie skomentowało jej słów. W ich oczach błysnęła ciekawość.
- Zacznę od początku… Brooke, dałabym ci tą pracę, która była ci potrzebna, aby zdać egzamin – powiedziała Eliza, uznając, że zacznie od wyjaśnienia sprawy z przeszłości związanej z Brooke. – Miałam ją. Zrobioną w całości. Jednak nie było mi dane ci jej dać, bo zostałam zaszantażowana przez Ruth. Za pomocą przemocy odebrała mi pendrive`a z plikiem, grożąc, że jeśli komukolwiek o tym powiem, skończy się to dla mnie źle – dokończyła Elizabeth, wkładając ręce w kieszenie płaszcza.
- Po co jej to było? – spytała Brooke, marszcząc brwi. Po krótkiej chwili na jej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia. Dziewczyna otworzyła szerzej oczy i szepnęła: - Ona też miała zagrożenie. O mój Boże… - pokręciła głową, spuszczając wzrok na swoje dłonie.
- To sprowadza się do ciebie, Liam – zwróciła się do szatyna. – Zastanawiałeś się, co się wydarzyło między mną, a Brooke, że nasza przyjaźń uległa takiej zmianie. Teraz już wiesz. Przepraszam cię też, że nie było mnie tutaj, kiedy twoja rodzina się rozpadała. Przepraszam – wyszeptała Elizabeth, ocierając z twarzy pierwsze łzy, które wypłynęły spod jej przymkniętych powiek. – Naprawdę żałuję…
Po dłuższej chwili przeniosła smutny wzrok na Zayna, który nieco zdezorientowany przysłuchiwał się jej wyjaśnieniom. Spojrzała mu prosto w ciemnobrązowe oczy, otoczone długimi rzęsami. Spojrzała na usta, które całowała. Na gęste, ciemne włosy, które miała okazje przeczesywać dłonią. Wpatrywała się w niego, jakby chcąc zapamiętać rysy jego twarzy. Jakby miała go już więcej nie zobaczyć.
- Zayn… Wiem, że mi zaufałeś, opowiedziałeś mi o swojej przeszłości, otworzyłeś się przede mną… A ja to zniszczyłam. Przepraszam, że nie miałam odwagi, aby powiedzieć ci całej prawdy o sobie – powiedziała łamiącym się głosem, ignorując łzy, które wydrążyły ścieżkę na jej policzkach. – Musisz wiedzieć, że moje uczucia do ciebie były szczere. Ani razu cię nie okłamałam, mówiąc ile dla mnie znaczysz, nigdy – wyszeptała, spuszczając wzrok na buty. Serce biło jej niemiłosiernie szybko i chwile jej zajęło, zanim wyrównała oddech. Nikt się nie odezwał.
- Byłam bita, poniżana, szantażowana, wyśmiewana, wykorzystywana. O większości z tych rzeczy nie mieliście pojęcia – powiedziała w końcu Elizabeth, kierując te słowa do Liama i Brooke. – Nie mówię tego, żebyście czuli się winni. Mówię to po to, aby uświadomić wam, że istniało wiele powodów, przez które posunęłam się do tego, do czego się posunęłam.
Szybko kontynuowała, nie pozwalając nikomu sobie przerwać:
- Kiedy poleciałam z mamą do Kalifornii, naprawdę byłam w ośrodku odchudzającym. Ale nie na długo. Zdecydowałam się na to dla mamy. Uznałam, że mogę ją uszczęśliwić chociaż w ten sposób, skoro byłam nic nie warta. Mogłabym chociaż spróbować stać się córką, o jakiej zawsze marzyła. Szło mi ciężko, całe to odchudzanie, ćwiczenia i inne gówna. Nieraz żaliłam się mamie, jednak ona nie pozwoliła mi się poddać. Więc wciąż walczyłam. Jednak kiedy umarła, cała chęć walki mnie opuściła. Spakowałam swoje rzeczy i wypisałam się. Stamtąd trafiłam na ulicę. Otrzymałam jakieś niewielkie pieniądze w spadku po mamie, jednak to były grosze. Stać mnie jednak było na wynajęcie malutkiego mieszkania i kupno jakiegoś jedzenia. Kiedy zmarła, uznałam, że mam tylko jedno wyjście. Pójść na skróty po całej linii. Trafiłam na ulicę, z jednym, mocno wyznaczonym celem. Musiałam zdobyć pieniądze. Dużo pieniędzy, aby kupić wymarzone ciało – dokończyła szeptem, chowając twarz w dłoniach, próbując uspokoić zbierający się w jej wnętrzu płacz. Nie sądziła, że opowiedzenie o tym komukolwiek będzie takie trudne.
- Operacja plastyczna? – spytał zszokowany Liam, mrugając co chwila oczami i potrząsając głową, jakby nie mogąc dopuścić do siebie tej myśli.
- W jaki sposób zdobyłaś te pieniądze, Elizabeth? – spytała Brooke, zadziwiająco miękkim i delikatnym głosem.
- Swoim ciałem – mruknęła ciemnowłosa, zagryzając z całej siły wargę, aż poczuła metaliczny smak krwi w ustach.
- Byłaś… Dziwką? – wychrypiał Zayn, a ona uniosła wzrok, patrząc na nich niepewnie, nie wiedząc czego może się spodziewać. Na ich twarzach szalały emocje. Smutek, współczucie, szok, złość. Bała się, że na twarzy Zayna zobaczy obrzydzenie i poczuła ogromną ulgę, kiedy dostrzegła jedynie niedowierzanie.
Delikatnie wzruszyła ramionami i powiedziała:
- Nazwij to jak chcesz. Dziwka, prostytutka, dziewczyna dla towarzystwa. To nie ma większego znaczenia… Kiedy zebrałam potrzebne pieniądze, poddałam się operacji. Szybko było po wszystkim. Jakiś miesiąc później wróciłam tutaj. Wszystkie obciążające dowody, które wykorzystywałam przez ostatni czas, udało mi się zdobyć właśnie w Kalifornii. To kosztowało dużo czasu i pieniędzy…
- o mój Boże – wyszeptał Liam, chowając twarz w dłoniach. Zayn milczał i jedynie wziął głęboki oddech, przeczesując dłonią włosy, kręcąc głową.
- Nie mogę uwierzyć, że byłaś aż tak zdesperowana – powiedziała Brooke, patrząc na Elizabeth ze współczuciem w oczach.
Dziewczyna ponownie wzruszyła ramionami i powiedziała:
- Jak już wspomniałam, nie powiedziałam wam tego, że chcę złagodzić swoją winę. Wiem, co zrobiłam. Wiem, że postąpiłam źle. Uznałam po prostu, że przyszedł czas na szczerość. To wszystko... – wyszeptała i nie czekając na ich odpowiedź, szybkim krokiem ruszyła przed siebie.
Następnego dnia, kiedy Elizabeth się obudziła, na twarzy widniały ślady łez, a wczorajszy makijaż miała rozmazany na twarzy. Jęknęła, kiedy zobaczyłam swoje odbicie i wplątała dłonie we włosy, ciągnąc za nie. Zasnęła wczoraj, dławiąc się własnymi łzami i krzycząc w poduszkę, rozpaczliwie błagając, aby bolesne wspomnienia dały jej spokój.
Tak się nie stało i zasnęła wyczerpana, nękana koszmarami w nocy. Nie wiedziała co ma robić. Przecież nic tu po niej, prawda? Straciła wszystko. Każdy ją zostawił. Doszła do wniosku, że nie będzie sobie tego utrudniać i po prostu wyjedzie.
- Gdzie ty chcesz jechać bez pieniędzy, kretynko? – fuknęła pod nosem. Co prawda, miała jakąś kwotę, ale niewielką.
Jedynym wyjściem pozostawał jej ojciec, który mieszkał w Londynie, razem ze swoją nową rodzinką. Elizabeth nie była zadowolona, że to jej jedyny wybór, jednak lepsze to niż nic, prawda? Doszła też do wniosku, że nie będzie dzwoniła do ojca, aby uprzedzić go, że wpadnie z wizytą. Znała jego adres, więc jeśli pojawi się na progu, ojciec raczej nie powie jej, żeby spierdalała. Taką miała nadzieję.
Wiążąc włosy w kitkę, wyciągnęła spod łóżka walizkę i zaczęła wrzucać do niej najpotrzebniejsze ciuchy. Nie miała zamiaru tu wracać, jednak niebawem będzie musiała jakoś przetransportować resztę rzeczy do Londynu. Po godzinie, wszystko było spakowane. Ciemnowłosa odpaliła laptopa, aby zobaczyć o której odjeżdża autobus do stolicy. O dziesiątej wieczorem. Czyli ma jeszcze dużo czasu.
Myśli, które krążyły jej po głowie, echo słów wypowiedzianych przez Zaynna i Brooke odbijały się w jej uszach. To było nie do zniesienia. Czując ból zbierający się w piersi, oczy zaszły jej łzami.
- Błagam, niech to się skończy – szepnęła, zaciskając dłonie w pięści. Zamknęła oczy, oddychając głęboko. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Kiedy się uspokoiła, ubrała świeże ubrania i nałożyła makijaż. Rozczesała włosy, zaplotła je w warkocza i narzuciła na ramiona kurtkę i chwyciła torebkę, wychodząc z domu.
Szybkim krokiem przemierzała puste ulice miasta, nie napotykając zbyt dużego tłumu ludzi, z powodu wczesnej pory, dochodziła dopiero jedenasta. No i dziś sobota – pomyślała Elizabeth wchodząc do sklepu z alkoholem. Kupiła małą butelkę wódki i wrzuciwszy ją do torby, ruszyłam w stronę pobliskiego jeziora.
Gdy coraz bardziej zbliżała się do celu, w jej głowie pojawiało się coraz to więcej wspomnień związanych z tym miejscem. Wypady pod namiot z Brooke i Liamem, ogniska, rozmowy. To było ich miejsce. Właśnie, było. Żal ścisnął jej serce, jednak dziewczyna powstrzymała się przed płaczem, Po jej policzku spłynęła jedynie pojedyncza łza, którą szybko otarła, udając, że nic się nie stało.
Kiedy doszła na miejsce, powolnym krokiem weszła na pomost, a następnie stanęła przy ławce i przesunęła ręką po ciemnym drewnie. Zauważyła niewielki, wyryty napis, który sprawił, że jej oczy zaszły łzami: E + L + B = ∞ friends. Zagryzła wargę, biorąc głęboki oddech.
Usiadła na ławce i wyciągnęła butelkę z trunkiem, którą zaczęła obracać w dłoni, patrząc się na taflę jeziora.
- Nie sądziłam, że cię tu spotkam. – Z głębokich rozmyślań wyrwał ją głos, na dźwięk którego drgnęła zaskoczona. Przeniosła swój zaskoczony wzrok na jasnowłosą dziewczynę stojącą jakieś pięć metrów od niej. Nawet z tej odległości Elizabeth zauważyła, że Brooke nie wygląda najlepiej. Kiedy podeszła bliżej, dostrzegła podkrążone oczy, rozczochrane włosy i spierzchnięte wargi.
- Nie wyglądasz dobrze – powiedziała beznamiętnie Elizabeth.
-Trochę przesadziłam wczorajszej nocy – mruknęła Brooke, siadając naprzeciwko Elizabeth. – Musiałam… Potrzebowałam zapomnień. Uciszyć ten ból, który czułam – wyszeptała, marszcząc brwi, czując gulę w gardle. Elizabeth zaśmiała się w myślach, zdając sobie sprawę, że teraz czuje dokładnie tą samą chęć. – Dotarło do mnie to, jaka podła byłam wobec ciebie, Elizabeth… Uważałam, że to ty jesteś tą najgorszą, a tak naprawdę to cały czas byłam ja. Tak bardzo cię przepraszam. Tęsknię za tobą – powiedziała płaczliwym głosem, unosząc głowę i patrząc na ciemnowłosą ze łzami w oczach.
Mimo nadziei, która pojawiła się w sercu Elizabeth, ona pozostała niewzruszona. To już i tak nie ma większego sensu. Dzisiaj wyjedzie i zniknie na zawsze z życia Brooke. Szczere słowa blondynki zostały stłumione przez złość na nią. Elizabeth czuła się dogłębnie zraniona przez Brooke. Żadne słowa tego nie naprawią.
- To nie wystarczy, żebym ci wybaczyła – wyszeptała Eliza, patrząc na nią swoimi ciemnymi oczami.
- Błagam, co mogę zrobić? – jęknęła, kręcąc głową i zaciskając dłonie w pięści, które przytknęła do głowy.
- Nie wiem, do cholery. Moje życie było koszmarem. Ostatnie kilka miesięcy także. Myślisz, że to było dla mnie takie łatwe? Okłamywanie każdego?! Potrzebowałam cię, Brooke! – powiedziała, czując jak łamie jej się głos. – Śmiałaś się ze śmierci mojej mamy! Znałaś ją! Płakałaś, kiedy powiedziałam ci, że nie żyje! A teraz? Użyłaś jej jako pretekstu, aby mnie zranić! I wiesz co? Brawo, udało ci się to – szepnęła, chowając twarz w dłoniach.
Czuła się tak bardzo bezsilna. Czuła, że walczyła całe życie. Teraz miała dość. Nie miała po co, ani dla kogo walczyć. Jej życie stało się piekłem. W sumie, ono nigdy nie przestało nim być. Cały czas przeżywała piekło, tyle że wewnętrzne.
- Ja wiem, ja wiem – szepnęła patrząc na nią z błaganiem w oczach. – Ale błagam, zrobię cokolwiek. Nawet nie wiesz jak mi cię brakuje…
Elizabeth wzięła głęboki oddech, przeczesując dłonią włosy. Robiąc to, natrafiła wzrokiem na butelkę wódki, która wciąż stała obok niej. Wtem w jej głowie pojawił się pewien pomysł. Tak bardzo bezduszny, że sama nie mogła w to uwierzyć. Spojrzała na Brooke z kamiennym wyrazem twarzy i powiedziała:
- Wypij to, a wybaczę ci wszystko. Wypij to na raz, a będzie jak dawniej. Ty i ja – spojrzała jej psoto w oczy, podsuwając jej butelkę. Kłamała w żywe oczy i zupełnie ją to nie odchodziło.
- Żartujesz, prawda? Mój żołądek jest teraz praktycznie jak poszatkowany – wyszeptała patrząc się z niepokojem na butelkę.
- Twój wybór – Elizabeth wzruszyła ramionami.
- Nie możemy po prostu porozmawiać? Wszystko ci wyjaśnię.
- Porozmawiamy, po tym jak pokażesz mi, jak bardzo mnie przepraszasz – odpowiedziała Eliza twardym i zimnym jak skała głosem.
- Nie mogę – szepnęła, a po jej policzkach spłynęły łzy. Spojrzała na ciemnowłosą błagalnie, jednak ona odpowiedziała jedynie:
- Jeśli naprawdę jest ci przykro, możesz.
Elizabeth z kamienną twarzą obserwowała jak Brooke przytyka butelkę do ust, a następnie bierze kilka łyków, zamykając oczy i krzywiąc się. Zakrztusiła się kilka razy, a wódka spłynęła blondynce po brodzie. Kiedy dokończyła, zaczęła kaszleć, a następnie z jej piersi wyrwał się szloch. Sięgnęła dłonią, aby dotknąć ramienia Elizy, która ścisnęła jej rękę. Spojrzała na nią. Przełknęła ślinę i biorąc głęboki oddech, syknęła:
- Mam nadzieję, że umrzesz wyrzygując swoje nerki – pokręciła głową i nie patrząc na nią więcej, wstała z ławki i szybkim krokiem ruszyła przed siebie.
Kiedy była poza zasięgiem wzroku Brooke, zaczęła płakać, nie mogąc uwierzyć w to, jak się zachowała. Była szansa, że być może wszystko się ułoży, a Elziabeth ją zniszczyła. Swoimi podstępnymi gierkami.
Ale czy żałowała? Chyba nie. Rany, które zadała jej Brooke, były ogromne w porównaniu do tego, co zrobiła jej dzisiaj Elizabeth. Prawda?
Prawda?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz